A niech to gęś kopnie. Nie podoba mi się.

Po raz pierwszy na tym blogu pojawia się książka, która zdecydowanie mi się nie podoba. Więcej, która podoba się wielu ludziom, ba!, została nagrodzona nawet. Natomiast ja dojrzałam w niej więcej złego niż dobrego. Nie chcę być gołosłowna, dlatego wytłumaczę, choć wierzcie mi, ta recenzja przychodzi mi z trudem, bo po przeczytaniu trzech książek autorki, wiem, że to fajna postać.

„A niech to gęś kopnie” (Marta Guśniowska, ilustracje: Robert Romanowicz, wyd. Tashka) to książka, którą przeczytałam dwa razy. Za pierwszym razem mną wstrząsnęła. Odczekałam. Pomyślałam, że to bardzo subiektywne odczucie i że być może się uprzedziłam. Przeczytałam po raz drugi, w nadziei, że zmienię zdanie. Niestety, wciąż uważam, że książka jest… no właśnie. Podsumuję za chwilę.

Bohaterką historyjki jest gęś. Nie jest to zwykła gęś, ale taka najgorsza w stadzie – nieudolna, najchudsza i uwaga… z depresją. Tak się składa, że pewnej nocy do kurnika zakrada się lis, który chce ukraść kurę na kolację. Nie udaje mu się to, gdyż kura jest za ciężka. Gęś, jako, że nie ma sensu w życiu, proponuje do zjedzenia siebie. Lis nie chce jej zjeść, gdyż gęś jest nieapetyczna. Po chwili następuje zwrot akcji, lis musi uciekać, gęś chcąc być pożartą, podąża za lisem. Głodnym lisem, dodam. Lis i gęś spotykają się w domu złodziejaszka. Ten wciąż nie chce pożreć tej fatalnej gęsi, choć jego lodówka świeci pustkami, ale ostatecznie, jako że gęś bardzo chce umrzeć, lis prowadzi ją do innego oprawcy – wilka. Podróżują razem. U wilka,  po namowach, gęś trafia do kociołka. Kiedy już ma umrzeć, lis uświadamia sobie, że gęś polubił. Nasza bohaterka natomiast nagle doznaje olśnienia, że chyba ma jakiś sens w życiu i postanawia jednak nie dać się ugotować. Kiedy ostatecznie wszystkie zwierzęta próbują zgasić ogień pod garnkiem, bo gęś zaczęła się gotować i mdleje, ta nagle odzyskuje przytomność i zdmuchuje ogień… Finał jest taki, że bohaterowie stają się parą. W sensie romantycznym. Żyją długo szczęśliwie.  Uff, przebrnęłam.

Teraz konkrety. Co mi się podobało. Ważne rzeczy:

  • „Rodzina to nie niekoniecznie tata, mama, babcia, dziadek i brat. Rodzina jest wtedy, kiedy nam na sobie zależy”.
  • „Bo tak naprawdę tylko od nas zależy, czy będziemy szczęśliwi, czy nie. My sami mamy w sobie wystarczająco dużo siły, żeby zdmuchnąć płomień pod brytfanką oraz wystarczająco dużo wiary w marzenia, żeby każde z nich mogło się spełnić…”
  • temat depresji – w obecnym świecie temat bardzo aktualny wśród dzieci (!) i młodzieży. Myślę, że to temat przyniósł autorce najwięcej uwagi i docenienia. Szanuję.

A teraz to, co uważam, że jest złe.

  • Poprowadzenie tematu depresji. Choroba została nam tu objawiona jako „takie nieprzyjemne coś, co się nam wpycha do głowy bez pytania i sprawia, ze nic nas nie cieszy, że źle się czujemy i nie dość, że sami siebie nie lubimy to jeszcze myślimy, ze inni też nas nie lubią, bo i za co?” Poważnie? W dobie ogromnej wiedzy o depresji to dosyć ubogie wytłumaczenie. Osoby chorujące na depresję posiadają mężów, żony, rodziny, przyjaciół. Mają przyjaciół. I wciąż borykają się z chorobą. To nie jest takie proste. Nie wystarczy znaleźć przyjaciela, żeby pozbyć się depresji… Podążam dalej. Co się dzieje z gęsią, która ma depresję i postanawia UMRZEĆ.  To istotne. Gęś postanawia umrzeć. Proponuje się lisowi, po czym on ją odrzuca, bo jest zbyt nieapetyczna, a ona podąża za swoim potencjalnym oprawcą. Kiedy on z niewiadomych powodów wciąż woli głodować zamiast zjeść chudą (ale jednak!) gęś, postanawiają oddać naszą ofiarę innemu oprawcy  i wędrują, by odnaleźć ukojenie – śmierć. Ja jestem przerażona! Nasza bohaterka podróżuje z jednym agresorem (napadł na kurnik i żywi się takimi jak ona), który postanawia ją oddać innemu, gorszemu. Dlaczego, dlaczego, dlaczego ta gęś nie ma wsparcia w swoim kurniku, w swojej zagrodzie, w swojej rodzinie? Jaki jest przykład? Jeśli cierpisz, jest ci źle, idź się zabić. Aaa, jak się nie uda, znajdź kogoś gorszego, kto ci pomoże. Dlaczego nie dowiadujemy się, że można znaleźć wsparcie OBOK? Czy chodziło o to, że możemy znaleźć wsparcie, przyjaźń, miłość w nieoczekiwanych towarzyszach podróży? Ja wyobrażam sobie nastolatkę w depresji, która ucieka z domu, bo wierzy, że jak odda się w ręce najbliższego zarządcy domem publicznym, to on ją zbawi. Historia jakich wiele. Zdecydowanie NIE. Nie chcę takiej historii.
  • Śmierć. Statystyki nieubłaganie wskazują, że coraz młodsze dzieci cierpią na brak uwagi, brak wiary w siebie, zmagają się z depresją, targają się na własne życie. Śmierć musi pojawiać się w książkach, to konieczność. Musimy nauczyć się o niej mówić. Jednak jako mama i wykształcony pedagog protestuję. Tyle wiemy o problemach samobójczych młodzieży – że jest to wołanie o pomoc, że to jest ostateczność, że szukają uwagi, miłości, wsparcia, a przedstawiamy tę śmierć w sposób nie pozostawiający złudzeń – jako środek do szczęścia. Czy musi dojść do ostateczności, czy trzeba ugotować się we własnym nieszczęściu, żeby dojrzeć sens życia? Ech…
  • Język. Z jednej strony Marta Guśniowska ma wysoką kulturę języka. Posługuje się językiem tak sprawnie, że nie da się jej zarzucić, że nie umie, nie zna, nie ma kontekstu. To wprawiona pisarka, to widać. Pani Marta pisze w taki sposób, że czytając, widzi się obrazy… Ech i tu zaczyna się mój kolejny „zarzut”. Czytając, miałam chwilami wrażenie, że jest to opis tego, co działoby się na scenie, gdyby to był spektakl. Przeszkadzało mi to to tyle, że niektóre sceny byłyby zabawne jako obrazy/ dialogi na scenie, nie mają jednak, według mnie, takiej mocy w książce. Przeszkadza mi to, co w teatrze też się bardzo dobrze sprawdza – użycie narzędzi, zabiegów, żartów, które już są znane, ponieważ w ustach nowych bohaterów w nowych sytuacjach nabierają one nowego znaczenia. „Ktoś nie śpi, żeby spać mógł ktoś” (słowa Hamleta, Szekspir) mówi gęś, która nie może zasnąć – tak czuję, że kogoś to bawi. Dla mnie brzmi jak oklepany frazes. Są też tak zwane zabawne dialogi – gęś na pewnym etapie swojej podróży spotyka inne, dzikie gęsi i one są, no cóż… przygłupie. Dialog użyty, by to pokazać w zasadzie też może bawić,  w teatrze/ w bajce bawił by mnie, być może, tak jak bawił mnie za pierwszym razem, gdy go widziałam, kiedy był dobrze zrobiony w bajce „Piorun” (oryg.Bolt), odsyłam do tej sceny tu=> KLIK.. Czepiam się? Być może. Piszę jednak o tym dlatego, że w innych recenzjach język jest uważany za jedną z mocniejszych stron tej książki. Rozumiem dlaczego, ale się z tym nie zgadzam. Myślę, że z taką bystrością, wiedzą  i doświadczeniem scenicznym pani Marty, spodziewałam się treści ubranej w mniej oczywiste ramy. Przykładów z tej kategorii jest więcej, ale mnożenie ich tu uważam za bezcelowe.
  • Idźmy dalej. „Nic nie jest takie, jakim się wydaje. Don’t judge the book by it’s cover” śpiewa Maria Peszek w jednej ze swoich piosenek. Tę zasadę często łamię i wybieram książki do czytania sugerując się okładką. I tytułem. Okazuje się to czasem dobre, czasem tragiczne w skutkach, ale jest to swego rodzaju klucz, którym „przesiewam” książki przez sito mojego zainteresowania. A zatem – spodobał mi się niestandardowy format tej książki, okładka w starym stylu, ilustracje sugerujące, że będzie to historia pouczająca (?). I ok, powiedzmy, że trochę jest, jeśli podeprzemy się tymi cytatami które przytoczyłam na początku mojego wywodu. Spodziewałam się książki lekkiej, i ok, przecież pełna jest przewrotności, gagów, zabawnych dialogów i ten nieoczekiwany finał… To się wszystko jakby zgadza. A jednak… mam uczucie, że dostałam historię nie dla dzieci. Długo się nad tym zastanawiałam – właściwie dla kogo jest ta książka? Wydawca twierdzi, że dla wszystkich, dla dzieci i dorosłych. Taka uniwersalna historia o życiu to jest. No… nie. Część tych, tak zwanych, śmiesznych scen nie będzie śmieszna dla dzieci, bo nie zrozumieją kontekstu, temat jest ciężki, więc raczej dla starszych dzieci – ale czy starsze dzieci, które czytają dużo poważniejsze historie, cierpią na nieszczęśliwe miłości i dojrzewanie, sięgną po tę infantylnie (jak dla młodzieży, bo wiadomo, że oni są zbyt dorośli na „dzieciowe” książki!) pozycję? I ostatecznie – dlaczego miałby po tę książkę sięgnąć dorosły? Chyba tylko dlatego, że chciałby przeczytać ją dziecku. I tu koło się zamyka, bo ja nie mam ochoty czytać tej książki mojemu dziecku. A szkoda. A zatem ostatecznie przysłowie ma rację – nie oceniaj książki po okładce, bo możesz spodziewać się pouczającej historyjki dla dzieci, a dostaniesz smutno-gorzką opowieść o tym, jak oprawca staje się sensem twojego życia.

Uff. Podsumowując. Cenię bardzo panią Martę za jej pracę. Ogromnie podziwiam za próbę podjęcia trudnego tematu depresji i śmierci. Szanuję i podziwiam jej umiejętność tworzenia nowych rzeczywistości. Mam jednak osobiste prawo nie zgodzić się ze wszystkimi tymi, którzy dobrze bawili się, śmiejąc się z gęsi, która cierpi na depresję i nie ogarnia, mówiąc kolokwialnie, życia. Przeczytałam jeszcze dwie książki pani Marty i powiem Wam już dziś, że kolejne recenzje będą bardziej optymistyczne. Ostatecznie chciałabym kiedyś z panią Marta osobiście porozmawiać o tej gęsi. Może jest w tej książce coś, czego nie zauważyłam i moja ocena jest niesłuszna? Szanse na to spotkanie mam, żyjemy z panią Marta w jednym mieście, a ja  w najbliższym czasie idę obejrzeć jej spektakl. Ale nie o  gęsi, na szczęście.

1/5

Aga

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s